Od kilku lat pracuje w gastronomii. Przeszedłem przez wiele etapów - barista, kelner, barman, pomocnik kuchni, kierownik, menadżer. Mam za sobą miejsca pracy, do których często wracam i takie, które - z różnych powodów - omijam szerokim łukiem i odradzam nawet największym wrogom. Podejmując się pracy w kawiarni czy restauracji zwykle wkładam w to całe swoje serce i zaangażowanie. Jako nawet szary, szeregowy pracownik poczuwam się do bycia gospodarzem, który ma dbać o swoich gości. Gdy jednak widzę, że ci, którzy rzeczywiście powinni być gospodarzami mają wszystko w dupie i stają się pazernymi na kasę świniami, to rezygnuję i odchodzę. Pieniądze i praca są ważne, ale nie pozwolę sobie na to, by podać do stolika ciasto, na którym co rano wymieniane są zgniłe owoce, czy zachwalać odgrzewane w mikrofali i przeterminowane o kilka tygodni pierogi.
Mój blog, ma być blogiem o gotowaniu; miejscem z przepisami, poradami ale także chce, by było w nim trochę mojego prawdziwego życia. Dlatego serwować Wam będę również recenzje restauracji; moje komentarze do miejsc, w których kiedyś było dane mi pracować; czasem również recenzje książek; historie z mojego życia; a nawet to, o czym myślę w sferze polityki i społeczeństwa.
Dziś pora na warszawskiego Lenivca.
Ci, którzy mają szczęście śledzić moje życie na FB wiedzą jedno, w Lenivcu pije się kawę. Nie dajcie się zwieść na pokuszenie rozmaitym ciastom w witrynie, czy propozycjom jedzeniowym jakie znajdziecie w karcie. Są zjadliwe, czyste ale przede wszystkim mało smaczne.
Moja przygoda z Lenivcem rozpoczęła się, gdy nie miał on jeszcze roku. Pracowałem wcześniej w sejmie, w większości poświęcając swój czas społecznie, bo wierzyłem, że da mi to szanse na wejście do większej polityki i przez chwile może nawet myślałem, że jest partia, z którą będę mógł to zrobić. Jednak każdy dzień, to tylko kolejne rozczarowania i słabnące nadzieje w to, że Ruch może być też moim Ruchem, a nie tylko machaniem rączek Palikota. Czas było stanąć szybko na nogi i poszukać jakiejkolwiek, w miarę stałej pracy - i tak trafiłem do Lenivca.
Leniviec oczywiście nie był moją pierwszą gastronomiczną przygodą, ale kto powiedział, że będę chronologicznie opowiadał Wam o tym, gdzie pracowałem. Jednak to dzięki pracy w tej kawiarni, poznałem co to znaczy na prawdę dobra kawa, jak poprawnie ją przygotować i delektować się całym wachlarzem jej smaków. Leniviec, to również czas mojego rozwoju kuchennego - pyszne francuskie quiche, wytrawne tarty i kilka chyba całkiem smacznych ciast. Dziś niestety wracam tam tylko na kawę, a za każdym razem, gdy się zapomnę i zamówię również coś do jedzenia, to ku*wię w myśli na samego siebie, że to zrobiłem i z każdym kolejnym kęsem moja teza się potwierdza. Kilka wpadek, których sobie nie wybaczę, to: weekendowy brunch tuż przed końcem brunchu, gdy zostaje już nieświeże i podeschłe pieczywo, właściwie podobnie do serów i wędlin; przerażająco okropna, ścięta na suche wiórki jajecznica ze śniadania hiszpańskiego; spalone bruschetty za 15zł; paląca w język, wręcz gotująca się jeszcze w talerzu lunchowa zupa; czy sałatka z kurczakiem, który swoją niesamowitą suchością dorównał nie tylko nieudanej jajecznicy, gdyż osiągnął już poziom suchości spalonej bruschetty.
Jednak to wszystko mnie nie zniechęca i będę tam przychodził i polecał te miejsce, bo dalej kocham je za atmosferę, za ludzi, których tam poznałem i za jedną z najlepszych kaw dostępnych w Warszawie.
Z Lenivcem pożegnałem się, gdy wyjechałem do Barcelony, by tam szukać przygód i szczęścia. Wróciłem do Warszawy, Leniviec już nie ten sam - pozbawiony, niestety, jednego z właścicieli - z nową i często zmieniającą się ekipą, jednak mimo to kawa smakuje mi tam najlepiej.
Mam nadzieje, że do następnej kawy, nikt nie dosypie mi środków przeczyszczających za wiecznie negatywną opinię o kuchni.


zapomniałem dodać wątku o alkoholach i otwartym już po moim odejściu koktajl barze. zmieszcze to w jednym zdaniu. alkohol można pić tak samo jak kawę.
OdpowiedzUsuń